Już nie mów, nie mów nic, nie mów nic...

Już nie mów, nie mów nic, nie mów nic...

To słowa piosenki, którą bohaterka filmu "Nóż w wodzie" śpiewa dla chłopaka. Czasem może powinnam je sobie sama zanucić... Ale może właśnie po to powstał ten blog, abym bezkarnie mogła wylewać swoje przemyślenia. Pieter Bruegel powiedział kiedyś o sobie, że "cierpi na nadmiar widziadeł". Ja cierpię na nadmiar myśli...

czwartek, 21 września 2017

"Zero-days" - science-fiction staje się rzeczywistością

W tym roku zobaczyłam tylko 2 filmy na jednym z moich ulubionych festiwali filmowych, Docs Against Gravity. Pierwszy z nich wybrałam ze względu na wykonywaną przeze mnie pracę :) Myślałam, że będzie traktował o wszelkich atakach cybernetycznych i tejże tematyce jako takiej. Jednak treść zaskoczyła mnie nieco, gdyż skupia się na jednym konkretnym ataku, który rozpoczął się blisko dekadę temu.
Zero-days to film o niezwykle wyszukanym wirusie komputerowym, nazwanym Stuxnet, który jest bardzo pracyzyjny i praktycznie niewykrywalny i nieusuwalny. Jego kod binarny jest napisany z taką pieczołowitością i dbałością o detale, jeśli chodzi o daty uruchomienia i sposób działania, by bardzo dokładnie trafiać w namierzony cel. Autor filmu próbuje poruszyć temat tego wirusa z różnymi wielkimi świata bezpieczeństwa cybernetycznego, ale wszyscy nabierają wody w usta.
Okazuje się, że koszta napisania takiego programu są tak ogromne, że tylko państwo lub kilka państw byłoby na stać na podobne przedsięwzięcie. Komu zaś zależałoby na stworzeniu tak groźnego oprogramowania?
Reżyser kierując się analizami specjalistów antywirusowych, dąży po nitce do kłębka i odkrywa przed nami arkana współecznej polityki światowej i demaskuje hipokryzję zachodnich mocarstw, a właściwie jednego mocarstwa - Stanów Zjednoczonych. Mimo że wojna cybernetyczna nie jest jeszcze, jako zjawisko nowe, obwarowana żadnymi konwencjami i zasadami, to można dostrzec, że zasady jej prowadzenia są identyczne jak w wojnach "tradycyjnych" wszczynanych przez tenże kraj: najpierw dajmy broń do ręki jakiemuś krajowi, który nie umie się nią posługiwać, a gdy wymknie się mu ona spod kontroli - najedźmy ten kraj i walczmy z nim, by zaprowadzić w nim pokój. Tym razem jednak to broń, której USA chciały użyć wobec kraju, któremu niegdyś same sprezentowały broń jądrową, wymknęła się spod kontroli i jej niszczycielskie skutki mogą być trudne do przewidzenia, a co gorsza niemożliwe do zneutralizowania.
Film to opowieść o tym, jak Stany wyprodukowały najgorszego wirusa świata, by zaatakować irański zakład wzbogacania uranu i o tym, jak krótkowzroczna zadufałość i megalomania doprowadziły do tego, że cały świat został nim zarażony, łącznie z samymi Stanami. Scenariusze z filmów science-fiction stają się rzeczywistością, a jak w każdej wojnie ucierpią na tym zwykli ludzie. Wystarczy, że wirus zaatakuje elektrownie lub stacje uzdatniania wody i życie milionów ludzi będzie zagrożone. Nie potrzeba do tego rakiet i samolotów. Wystarczy, że światowa sieć, internet przestanie działać a straty dla całych społeczeństw będą niepowetowane. Rząd natomiast umyje jak zwykle ręce, przerzuci problem na sektor prywatny i uda, że nie ma pojecia o czym mowa. Smutna to wizja i smutna to rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Być może chociaż świadomość tej sytuacji ułatwi nam pogodzenie się z sytuacją, na którą i tak nie mamy wpływu.

Tytuł: Zero Days
Reżyseria: Alex Gibney
Rok premiery: 2016



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Pieśń na przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia...

Ostanio wpadłam w sieć kilku seriali. Wśród nich wybija się na czoło Młody papież produkcji HBO, wyreżyserowany przez Paolo Sorrentino. Naprawdę polecam ten chwilami bulwersujący, ale szczery aż do bólu serial, bo daje wiele do myślenia. Jest też miłą odmianą po nudnie przemocowych seriach produkcji tej stacji. Rozgrywa się on w zupełnie innym tempie niż to, do jakiego przywykliśmy czy to w masowych produkcjach, czy też w naszym własnym życiu. Obsada jest wyborna, zdjęcia fantastyczne, a muzyka jest na równych prawach z powyższymi i z maestrią wpisuje się w poszczególne sekwencje.

Serial ma wiele bardzo poruszających momentów. Nie ukrywam, niektóre wzruszyły mnie do łez, bo dotykają tematów tak naprawdę bliskich Człowiekowi - temu przez duże C. Mnie tym bardziej one ujęły, bo temat bycia w Kościele i relacji z Bogiem był przez lata dla mnie kwestią o wielkiej wadze i nadal w głębi duszy takim pozostaje. Ale o tym może napiszę kiedy indziej i może coś dłuższego.

Utwór ze ścieżki dźwiękowej, który szczególnie zapadł mi w serce prezentuję dzisiaj. To przeróbka znanego wszystkim utworu Beyonce pt. Halo, czyli „aureola” w wersji bardzo kameralnej w wykonaniu Lotte Kestner. W filmie użyty jest on podczas przemowy papieża do ludności w Afryce. Jego żarliwe słowa zdają się kruszyć mury, o których mowa w pierwszej strofie piosenki. Mury, które nawet papież może sobie postawić.
Zaskakujące jest najbardziej to, że aranżacja utworu może mieć aż taki ogromny wpływ na jego recepcję. Nie wiem, w jakim kontekście napisała ten tekst Beyonce – być może o swoim dziecku, albo o ukochanym Jednak w kontekście filmu, to utwór o czymś zupełnie innym, ale również wzruszającym. Dzisiaj puściłam go sobie w pracy na słuchawkach i... nie udało mi się powstrzymać łez. Opowiada on o najważniejszej relacji w życiu Człowieka - relacji z Bogiem. Dlatego uważam, że bardzo dobrze nadaje się, by zwolnić w przedświątecznej gonitwie i może spróbować odnowić w swoim sercu obraz Tego, w świetle aureoli którego zawsze możemy się ogrzać. Nawet jeśli zbudowane przez nas mury sięgają wyżej niż mogą dolecieć ptaki, a rzucany przez nie cień pozbawił nasze życie zieleni i tym samym tlenu. Bez nacisków z zewnątrz, bez ciśnienia, że coś muszę, że coś powinnam, że czegoś mi nie wolno. Zwyczajnie, jak kwiat nachyla główkę ku słońcu. Ja spróbuję.

Tekst podaję w oryginale i w moim koślawym tłumaczeniu.
Link do wykonania Lotte Kestner => Halo - Lotte Kestner

Halo

Sł. Beyonce Knowles


Remember those walls I built
Well, baby, they're tumbling down
And they didn't even put up a fight
They didn't even make a sound

I found a way to let you in
But I never really had a doubt
Standing in the light of your halo
I got my angel now
It's like I've been awakened
Every rule I had you break it
It's the risk that I'm taking
I ain't never gonna shut you out

Everywhere I'm looking now
I'm surrounded by your embrace
Baby, I can see your halo
You know you're my saving grace

You're everything I need and more
It's written all over your face
Baby, I can feel your halo
Pray it won't fade away

I can feel your halo (halo) halo
I can see your halo (halo) halo
I can feel your halo (halo) halo
I can see your halo (halo) halo

Hit me like a ray of sun
Burning through my darkest night
You're the only one that I want
Think I'm addicted to your light
I swore I'd never fall again
But this don't even feel like falling
Gravity can't forget
To pull me back to the ground again

Feels like I've been awakened
Every rule I had you break it
The risk that I'm taking
I'm never gonna shut you out

Everywhere I'm looking now
I'm surrounded by your embrace
Baby, I can see your halo
You know you're my saving grace

You're everything I need and more
It's written all over your face
Baby, I can feel your halo
Pray it won't fade away
I can feel your halo (halo) halo


Aureola

tłum. Kamila Ignaczak


Pamiętasz te mury, które zbudowałam
Cóż, kochany, właśnie się walą
I nawet nie zawalczyły
Nawet nie wydały żadnego dźwięku

Znalazłam sposób, by Cię wpuścić
Choć tak naprawdę nigdy nie miałam wątpliwości
Stojąc w świetle Twej aureoli
Mam teraz swojego anioła

To tak, jakbym została obudzona
Każdą zasadę, jaką miałam, łamiesz
To ryzyko, jakiego się podejmuję
Nigdy Cię nie zamknę na zewnątrz

Teraz gdzie nie spojrzę
Dostrzegam Twe objęcia
Kochany, widzę Twoją aureolę
Wiesz, jesteś moją jedyną zaletą

Jesteś wszystkim, czego potrzebuję i więcej
To jest wypisane na Twej twarzy
Kochany, czuję Twoją aureolę
Modlę się, by się nie rozpłynęła

Czuję Twą aureolę…
Widzę Twą aureolę…

Uderz mnie jak promień słońca
Który przepala na wskroś me najgłębsze ciemności
Tylko Ciebie pragnę
Myślę, że jestem uzależniona od Twego światła

Przysięgłam, że już nie upadnę
Ale to nawet nie wydaje się upadaniem
To grawitacja nie zapomina
By ściągnąć mnie na ziemię

To tak, jakbym została obudzona
Każdą zasadę, jaką miałam, łamiesz
To ryzyko, jakiego się podejmuję
Nigdy Cię nie zamknę na zewnątrz

Teraz gdzie nie spojrzę
Dostrzegam Twe objęcia
Kochany, widzę Twoją aureolę
Wiesz, jesteś moją jedyną zaletą

Jesteś wszystkim, czego potrzebuję i więcej
To jest wypisane na Twej twarzy
Kochany, czuję Twoją aureolę
Modlę się, by się nie rozpłynęła

Czuję Twą aureolę…
Widzę Twą aureolę…



czwartek, 13 października 2016

Andrzej Wajda - odszedł jeden z największych



W niedzielę, 9. października 2016 zmarł Andrzej Wajda. Człowiek-legenda, jak postacie z jego filmów. Posągowy a jednocześnie taki ludzki i ciepły. Jeden z niewielu z pokolenia, które odchodzi do historii, ale zawsze będzie obecne w naszej wyobraźni narodowej poprzez swoje dzieła. Słyszę Wajda, myślę: Ziemia obiecana, Popiół i diament, Człowiek z marmuru, Tatarak, Katyń. Wspaniałe ekranizacje naszej literatury, które są samodzielne, mimo że tak ściśle złączone z pierwowzorem. Udowadniają niejednokrotnie, że film nie musi być gorszy niż książka. Filmy, które zmieniały nasze myślenie o rzeczywistości. Zrobione ze smakiem i wyczuciem balansu między wielkością postaci a jej zwyczajnością, ludzkim wymiarem. Nie do wypowiedzenia jest ta strata dla polskiej kultury. Pozostaje jedynie marzyć, by przyszłość obdarzyła nas jeszcze kiedyś kimś choć w połowie tak wybitnym, jak on.
Zastanawiałam się, jakim filmem chciałabym uczcić tę smutną okoliczność. Najpierw przyszła mi do głowy Ziemia obiecana. Nawet TVP nadała ją w tym tygodniu. Uwielbiam tę książkę i film, tak jak i sztukę w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Każda z tych form broni się w tych wykonaniach w stu procentach i stanowi dla mnie zupełnie różną i niezależną interpretację rzeczywistości opisywanej przez Reymonta.
Potem przyszedł mi na myśl Popiół i diament. Bardzo lubię ten film – tak bogaty w symbolikę narodową i stawiający w zupełnie innym świetle oryginał literacki niż zazwyczaj się go postrzegało. Ukazał, jak to zwykle u Wajdy, całkiem inne aspekty ten trudnej historii tworzenia powojennej rzeczywistości, niż książka. No i mam wielki sentyment do miejsca, gdzie został zrobiony – mojego ukochanego Wrocławia. Jest w tym obrazie uchwycony Wrocław, jaki znam z opowiadań mojej przyszywanej Babci, mojej sąsiadki Pani Mili. Ona opowiadała mi o tym, jak to wszystko tutaj wyglądało tuż po wojnie.
Człowiek z marmuru – pierwszy raz świadomie oglądałam go jeszcze w szkole. Sporo rozumiałam, bo pamiętałam jak jeździliśmy do Taty z torbami z jedzeniem pod bramę kopalni w czasie strajków. Dreszcz i podniecenie, które nam wtedy towarzyszyło zapadło kilkuletniej dziewczynce w serce tak mocno, że zawsze będą mnie wzruszać takie obrazy, zawsze będę je rozumieć i doceniać. Konteksty nie będą wymagały specjalnych objaśnień, bo tamta atmosfera wsiąkła w moją świadomość na zawsze.

Mogłabym tu jeszcze wymienić Tatarak, bo pamiętam, że zrobił na mnie duże wrażenie… Wręcz w ekshibicjonistyczny sposób ukazał przeżycia Krystyny Jandy, ale przede wszystkim dał nam pojęcie o tym, jaką więź miał Wajda ze swoimi aktorami.
Postanowiłam jednak obejrzeć film, o którym niewiele osób wie. Jest to krótki metraż trafiający w sedno tematu niesamowicie dobitnie. Trudno stwierdzić, czy to kwestia reżyserii Wajdy czy może świetnego scenariusza pióra Stanisława Lema. Podejrzewam, że to taka kompilacja dała tak świetny rezultat. Przekładaniec z 1968 roku to brawurowa historia science-fiction – rzecz dzieje się w roku 2000. Jak to u Lema niby przyszłość odległa, ale jednak jakaś taka dość znajoma, tylko szpital futurystyczny. No i podejście do tematu przeszczepów. Główny bohater, czy też bohaterowie, bo ostatecznie ciężko stwierdzić ilu ich jest, to kierowca rajdowy, który po wypadku na torze, domaga się pieniędzy z ubezpieczenia za śmierć brata, który, będąc jego pilotem, w tym samym wypadku poniósł śmierć. Jednak firma ubezpieczeniowa ma wątpliwości, czy faktycznie tak się stało, skoro ok 40 % narządów, i to narządy kluczowe dla życia, nadal żyje – w bracie-kierowcy. Zatrudnia więc  prawnika, który ma tę sprawę załatwić. Ten stara się, chociaż już na początku doznaje szoku i widać, że przerasta go ten temat. Świetne są kwestie chirurga, który z uśmiechem na twarzy wygłasza współczesną filozofię medycyny i transplantologii (w tej roli Jerzy Zelnik). Zagmatwana już sytuacja komplikuje się dodatkowo po kolejnych wypadkach naszego kierowcy, co skutkuje niezwykle ciekawą historią i błyskotliwymi dialogami, w których nie brak logiki, ale trudno odnaleźć moralny ład. Film jest naprawdę godny polecenia. Jak to u Lema opisuje dobitnie naszą ludzką kondycję, która w zasadzie nie zmienia się z biegiem czasu. I jak to u Wajdy oddaje ten obraz bez przesady w żadną stronę: z umiarem, z klasą, ale też z poczuciem humoru i dystansem obnaża nasze ludzkie zapędy do zabawy w Pana Boga. Polecam ten film, by nieco rozchmurzył nasze czoła po tej przykrej wiadomości, a także byśmy pamiętali, że nie tylko monumentalne dzieła wyszły spod rąk Mistrza, ale także takie małe, zapomniane perełki, które tylko potwierdzają jego ogromny talent. 
Panie Andrzeju - dziękujemy!




piątek, 26 sierpnia 2016

Piosenka tygodnia: Taco Hemingway - Deszcz na betonie

Pierwszy raz usłyszałam ten utwór w Trójce w czasie powrotu z wakacyjnego wyjazdu na Mazury... Tekst fantastyczny - wytłuszczę moje smaczki :) Teledysk też trafia w punkt - chyba wszelkie obrazki, jakie mamy na hasło "wakacje" się w nim znalazły :)

Mimo że nigdy nie byłam wielką fanką hip-hpu, to ostatecznie ten kawałek przekonał mnie do zakupu płyty - będzie to pierwsza z tego gatunku w moich zbiorach :)

Deszcz na betonie - Taco Hemingway --> Link

[Zwrotka 1]
Wracam ekspresem do Warszawy
Zostawiłem ją w hotelu
Mówiąc "Lecę, bo mam sprawy"
Każdy problem jaki miałem jest już przeterminowany
Wracam do muzyki, jeżeli ten eter mi wciąż dany, o
Półtora roku a mój pesel ci wciąż znany, ha
Wszyscy dookoła wiecznie biją pianę
Ty pytałeś gdzie jest Fifi
Na wybrzeżu był schowany
Tam spędziłem całe lato marmurowe liżąc rany.
W mojej głowie dwa się różne gryzą światy
Chcę być poza głównym nurtem, ale kusi widmo platyn
Z jednej strony chciałbym kiedyś znów się wzruszyć pisząc rapy
Z drugiej chciałbym robić hajs, nie czuć w sumie nic poza tym.
Wymyśliłem nowy projekt
Który mi rozgromi blok pisarski
I rozgromi w głowie mury
Ale teraz siedzę w Warsie z kubkiem pociągowej lury
Bojąc się, że nie zapomnę nigdy woni twojej skóry

[Refren]
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
Deszcz na betonie, deszcz na betonie
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
Po co mi ten pociąg, skoro ciebie nie ma na stacji
A melodia się urywa niby Hejnał Mariacki
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Deszcz na betonie, deszcz na betonie
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Po co mi ten pociąg, skoro ciebie nie ma na stacji
A melodia się urywa ni...

[Zwrotka 2]
Zakochani ludzie chcą patosu
Ja się staram być przyziemny i mam na to sposób
Nie powiem ci, że twa obecność jest jak dar od losu
Albo śpiew skowronków albo pierdolony kwiat lotosu
(Raczej jak) Po poranku zapach porządnej kawy
Krótki rękaw w letni dzień, zapach koszonej trawy
Pełen bak, pusta droga, seria zielonych świateł
W radiu utwór jednej z twoich niedocenionych kapel
(Jesteś jak) Nieoczekiwany zwrot podatku
Długi weekend dla tych utopionych w korpo światku

Gdy wszyscy wokół brzmią nijak
Twój głoś wciąż spijam
Tak jak szum winyla o poranku
Dźwięk ulewy, która tłucze o beton
Bębni w szyby, gdy zasypiasz solo tudzież z kobietą
Gdy się budzisz o zmroku, chwilowy czujesz niepokój
Łapiesz kurtkę, wszystko jest
Portfel, klucze, telefon

[Refren]
A jej włosy pachną jak ostatnie dni wakacji
Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
Deszcz na betonie, deszcz na betonie
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
Po co mi ten pociąg, skoro ciebie nie ma na stacji
A melodia się urywa niby Hejnał Mariacki
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Deszcz na betonie, deszcz na betonie
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Po co mi ten pociąg, skoro ciebie nie ma na stacji
A melodia się urywa ni...

[Zwrotka 3]
Pociąg ekspresowy zmierza na postój
Centrum Warszawy, nikt na mnie nie czeka na dworcu
Incognito, kiedy nie mam zarostu
W internecie mnie nie szukaj, raczej nie ma tam postów
Moje słowa zawsze skromne, raczej nie ma tam ozdób
Intencje dobre, raczej nie ma tam kolców
Życie się zmieniło, gdy zacząłem śpiewać po polsku
Teraz muszę uciekać, do zobaczenia na wosku

[Refren]
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
Deszcz na betonie, deszcz na betonie
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
Po co mi ten pociąg, skoro ciebie nie ma na stacji
A melodia się urywa niby Hejnał Mariacki
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Deszcz na betonie, deszcz na betonie
Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji
(Jak ostatnie dni)
Po co mi ten pociąg, skoro ciebie nie ma na stacji
A melodia się urywa ni... 

sobota, 13 lutego 2016

Swietłana Aleksijewicz - Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości



Swietłana Aleksijewicz, Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości, wyd. Czarne 2012

Niektórzy z moich znajomych wiedzą, że bardzo empatycznie podchodzę do sztuki, a zwłaszcza do literatury. Książki wikłają moje myśli w swoją narrację do tego stopnia, że czasem nawet we śnie cały czas jakbym czytała książkę, którą akurat mam „na tapecie”. Dzieje się tak zarówno z literaturą piękną, jak i naukową – nie ma znaczenia, czego dotyczy książka, jeśli czytam ją intensywnie, to tak mi się robi, samo z siebie – nie panuję nad tym, dlatego tego też nie umiem siłą woli się zdystansowaćJ Można się takim podejściem zachwycać, ale też niestety ma to swoje nienajlepsze strony. Niestety utrudnia mi to czytanie niełatwych tekstów. Zwłaszcza takich, które opowiadają o ciężkich przeżyciach, doświadczeniu przemocy czy agresji. W związku z tym najczęściej takich lektur nie zaczynam, albo jeśli już zacznę, to nie kończę. Tak było np. z Innym światem Herlinga-Grudzińskiego. W dzień czytałam książkę, fantastycznie napisaną, która mnie naprawdę wciągnęła, ale w nocy byłam w obozie na Syberii. Po tygodniu przerwałam, bo nie dałam rady… Smutne, ale może z czasem uda mi się przezwyciężyć ten brak dystansu :)

Gdy znajoma poleciła mi książkę o Czarnobylu autorstwa Swietłany Aleksijewicz, noblistki z 2015 roku, miałam ogromne obawy, czy dam radę ją przeczytać. Moje pierwsze pytanie było, czy jest drastyczna. Zaczęłam czytać i przez pierwsze rozdziały nie było lekko, chociaż tekst bynajmniej nie epatuje okropnymi obrazami. Narracja jest raczej rzeczowa, faktograficzna – jakby się oglądało dokument. Jest kilka mocniejszych momentów, ale druga część – bardziej filozoficzna – w ostatecznym rozrachunku, w moim odczuciu, to równoważy. 

Uwielbiam oglądać dokumenty i taka literatura faktu bardzo do mnie przemawia. Zwłaszcza wtedy, gdy komentarz do wydarzeń dziejowych dają zwykli ludzie,  jak my. Ta książka to wyłącznie relacje ludzi, którzy bezpośrednio zostali włączeni w to wydarzenie.  Począwszy od relacji żon strażaków, którzy gasili pożar w pierwszych godzinach po wybuchu; przez likwidatorów, pracowników elektrowni, babcie i dziadków zmuszonych do opuszczenia swoich wsi, gdzie ich rodziny mieszkały od wieków; przez ówczesnych włodarzy, którzy nadal nie mają sobie nic do zarzucenia; po ludzi, dla których osiedlenie się na skażonej ziemi stało się jedynym sposobem na spokój i ucieczkę od wojny; aż po dzieci, które żyją w ciągłej obecności śmierci i stanowią stracone pokolenie, które nie ma szansy na normalność – ani fizyczną, ani psychiczną.  Historie są poruszające, wręcz wstrząsające, czasem zabawne, wszystkie bardzo prawdziwe. I to wszystkie – nie ma takiej, którą można by tu pominąć – każda z osobna jest całością, ale także splatając się z innymi, tworzy jeden wielki obraz pokolenia Czarnobyla. Ten obraz to tylko jedna strona medalu, bo po drugiej znajduje się obraz wyryty ostrym dłutem historii w całym, ogromnym narodzie. To jakby wynik gigantycznego eksperymentu socjologicznego. To opowieść o „homo Sovieticus” – człowieku radzieckim. Wyhodowanym na skażonej, jak ziemia wokół reaktora, ideologii – opowieść o osobnym gatunku człowieka. Człowieka, dla którego strach przed władzą jest większy niż strach o własne życie i życie swoich najbliższych. To jest okrutna prawda, która wyziera z tej książki. Prawda o tyle trudna do zaakceptowania, bo nie dająca żadnych złudzeń, że coś w Rosji może się zmienić. Nawet jeśli w niektórych osobach po tym doświadczeniu coś drgnęło i nastąpiła jakaś refleksja na ten temat, to i tak nie ma szans, że coś się zmieni. Jest to potwornie smutne, bo większości z tym ludzi odebrano ich tożsamość narodową i zrobiono z nich obywateli Związku Radzieckiego. Po rozpadzie Związku okazało się, że nie wiadomo, kim oni są.

Jest to książka tak wieloaspektowa, że gdybym chciała tu zacytować jakieś fragmenty, to musiałabym chyba zacytować całość. Jakie obrazy mogą uświadomić ogrom czarnobylskiej tragedii? Czy dzieci bawiące się w piasku w strefie tuż po awarii, bo przecież jest maj i gorąco? Czy domy rozkradzione i sprzedane na dacze w całym kraju, sprzęty zhandlowane na targu w Mińsku? Czy mięso z lokalnych kołchozów, które przeznaczone zostało na najdroższą kiełbasę, bo tę najmniej ludzi kupuje? Czy młodzi żołnierze (bo brali tylko młodych, w nocy, że niby na ćwiczenia na miesiąc; jak się buntowali to wchodzili na ambicję, albo że jak nie, to ma oddać legitymację partyjną), idący z łopatami bez odzieży ochronnej w radioaktywnym pyle za spychami? Czy ciężki sprzęt z NRD, który wysiadał od promieniowania, i tylko ten kosmiczny, sprowadzony z Moskwy jako tako dawał radę, a za nim człowiek radziecki z łopatą, który wszystko przetrzyma? Czy myśliwi odstrzeliwujący domowe zwierzęta w ewakuowanych wsiach i samotny kotek czekający w oknie zamkniętego domu, obok doniczki z obgryzionym przez siebie z głodu kwiatkiem? Czy krowa, która nie chce pić skażonej wody? Czy owady, które zniknęły na jakiś czas? Czy babcia i dziadek zbierający po kryjomu plony na swojej działce, na której obok ogórków i ziemniaków leżą kawały cezu i strontu; którzy nijak nie mogą zrozumieć, że coś jest zatrute mimo że rośnie i rodzi owoce? Czy kierownik kołchozu, któremu z powodu katastrofy wcale nie zmniejszono planów do wykonania i który musiał pracować mimo, że mleko, zboża i mięso były tak skażone, że brakowało skali? Czy  może fizyk jądrowy, który mając świadomość zagrożenia, nie może nawet zawiadomić o niebezpieczeństwie własnej żony, bo telefon jest na podsłuchu? Najważniejsze, żeby nie wywoływać paniki – magazyny z środkami ochronnymi i jodyną były pełne i gotowe do przekazania ludności, ale przecież rozpoczęcie dystrybucji tych środków oznaczałoby, że coś się stało złego, że jest zagrożenie i wybuchłaby panika. 

Nie jest to książka wyłącznie poważna, są momenty, gdy w tej tragedii nie sposób nie zaśmiać się przez łzy. Takie jaśniejsze chwile to choćby dowcipy, które opowiadano po katastrofie. Ile to jest 7x7? W Czarnobylu policzą to palcach. Grzyby można było kosą kosić, taki był tego lata urodzaj. Ale przecież radioaktywne – a kto ci każe jeść, wysuszyć i na targ do Mińska (to chyba nawet nie był dowcip). Jabłka z Czarnobyla! Piękne, czerwone! Kupujcie! – Babciu, nie mówcie, że z Czarnobyla, bo nikt nie kupi. – Ależ skąd! – jeden pan wziął nawet 2, jedno dla teściowej, jedno dla szefa. Czy było strasznie w Czarnobylu? – Nie, wręcz przeciwnie, wszyscy chodzili rozpromienieni!

Kolega znajomego jest fotografem i był na jednej z tych wycieczek, jakie teraz się robi do strefy. Zdjęcia przejmujące: mieszkanie, na stole szklanka – ktoś robił herbatę, ale nie zdążył jej wypić. Pranie suszy się na balkonie od 30 lat. O tych wycieczkach też wspomina się w książce. To bezprecedensowe wydarzenie, jakim była katastrofa, ukształtowało nowy gatunek człowieka, jak mówi jeden z bohaterów – człowiek Czarnobyla. Ileż złamanych rodzin i zniszczonych życiorysów, przerwane szczęście, które nigdy nie wróci! Skutki nadal są i będą odczuwalne, nie da się ich wyeliminować: strach przed miłością u nastoletniej dziewczyny, roszczeniowość dzieci, które czekają na paczkę z Zachodu, poczucie inności i izolacji społecznej: nie można wrócić do swojego domu, ale gdzie indziej też nie jest się u siebie, wyrwanie z własnego miejsca i niemożność zakorzenienia się gdzie indziej, bezsilność, która pcha do samobójstwa. 
 
Na sarkofagu są już ogromne pęknięcia, nikt nie jest w stanie powiedzieć, co może się dziać w środku, jakie siły tam się kumulują i kiedy zachce się im wydostać na zewnątrz. W 1986 w ciągu 2 dni od wybuchu czujniki na całym Globie wyłapały promieniowanie – na każdym kontynencie. Nie wiemy nawet jakie ilości radioaktywnej wody spłynęły do mórz z wodami gruntowymi i rzekami. Epidemia nowotworów, którą od kilku dekad obserwujemy narasta. Moje koleżanki i ich dzieci chorują na raka. Tylko w ostatnie półtora miesiąca dowiedziałam się o 5 przypadkach tej choroby wśród najbliższych znajomych i ich rodzin. To chyba nie wyłącznie kwestia napakowanego chemią jedzenia, jakie teraz nam się serwuje.

Mój Tato wspomina dzień katastrofy, gorący chociaż jeszcze wiosenny. Był sam w domu, bo ja leżałam w szpitalu a Mama pojechała odwiedzić swoich rodziców na wsi. Wychodził wiele razy na papierosa na balkon, niebo było rozświetlone gorącym słońcem, ale jednocześnie gdy się na nie patrzyło, to było jakby za mgłą. Najbardziej narażona była moja Mama, bo dziadkowie mieli gospodarstwo 1 km od wsi, w której zatrzymywał się autobus. Musiała ten dystans pokonać pieszo. Jest 2016 a my właśnie czekamy na wyniki jej biopsji. Dobrze, że wcześnie wykryto problem, więc myślimy pozytywnie. Ja miałam wtedy 3 lata, zostałam już na zawsze jedynaczką. Na szczęście byłam wtedy w szpitalu po poważnym poparzeniu – złapałam najmniej promieni czarnobylskiego słońca i od razu podano mi jodynę. Każdy z nas na pewno może spytać rodziców lub dziadków, jak wspominają ten czas. Na pewno było tak, jak i tam na miejscu, jedni się przejęli, inni nie. Zapomnieliśmy o tym przez te lata, ale po lekturze tej książki pojawia się świadomość, że to jeszcze nie jest koniec tej historii. Kronika przyszłości nadal się pisze.

 I trzeci anioł zatrąbił:
i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia,
a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód.
A imię gwiazdy zowie się Piołun*.
I trzecia część wód stała się piołunem,
i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie.
Ap 8, 10-11

* Po ukraińsku” czarnobyl” oznacza „piołun”.

piątek, 27 listopada 2015

Piosenka dnia: Pablopavo, Praczas i Anna Iwanek - Październikowy facet

Pablo Pavo urzeka mnie tym samym, czym Mark Knopfler - cudownie wręcz nie mieści się z tekstem we frazie :) Przy tym jego muzyka ma ten rodzaj pazura i nonszalancji, który bardzo mi imponuje i do którego mam swoistą słabość :)

Od niedawna można usłyszeć w radiu jego najnowszy utwór nagrany wraz Anną Iwanek i Praczasem. Genialna kompozycja na tę porę! Tekst to majtersztyk, który otwiera się cytatem z Pętli Marka Hłaski, tak silnie przesiąkniętym przemijaniem. Teledysk równie wybitny - polecam wszystkim zanim "zima nas pożre,
zawali breją"...

Pablopavo, Praczas i Anna Iwanek - Październikowy facet -> Link

[Nigdy już nie będę musiał bać się pytań, ani słów.
Nigdy już nie będę musiał bać się czasu.
Pójdę tam i w jednej chwili cały świat przestanie istnieć.
Tak się musi stać.]

I znowu jesień,
liście lądują
po raz pierwszy
i ostatni.
Z zazdrością patrzą
na odlatujące ptaki.

Pokończyły się romanse,
obliczone na słońce.
Z wiatrem i deszczem leci
koniec za końcem.
Wyprzedaże klapków
i letnich sukienek.
Złe idzie i zimne,
studzi się sumienie.

Stoimy nad rzeką,
ręka rękę grzeje.
Nie będzie dziś nagród,
chłodnieją nadzieje.
Chłodnieją nadzieje.
Chłodnieją nadzieje.

Październikowy facet
i dziewczyna listopad.
Jutro może nas nie być.
W mój strach, kochanie, popatrz.

Jeszcze dziś,
jeszcze raz,
jeszcze tu,
głupie ty, głupie ja.


Zima nas pożre,
zawali breją.
Zdjęcia do wspomnień
i mroźna niemoc.

Zima nas rozetnie
odłamkiem lodu.
Nie znajdziemy siebie
i powodu.

Październikowy facet
i dziewczyna listopad.
Jutro może nas nie być.
W mój strach, kochanie, popatrz. 



 A to takie wspomnienie październikowe własnie...

środa, 14 października 2015

IV Festiwal Aktorstwa Filmowego - spotkanie z Mają Komorowską

Niesamowita ENERGIA! Tyle mogę powiedzieć po tym spotkaniu - jestem tak nabuzowana pozytywnym stosunkiem do rzeczywistości i życia, że nie wiem czy dzisiaj w ogóle zasnę! Ci, którzy będą mieli jeszcze okazję kiedykolwiek pójść na spotkanie z tą przepełnioną dobrocią i szacunkiem dla widza osobą - niech zrobią wszystko, co mogą, by tam być. Zawsze miałam Maję Komorowską za osobę o naturze bardzo refleksyjnej, ale wyciszonej, bardziej introwertycznej. Dzisiaj natomiast miałam rzadki zaszczyt, by obcować z duszą, która bardzo szczegółowo przygląda się światu, ale która zarazem ma niezwykły dar do zjednywania sobie ludzi, jest ogromnie otwarta na widza, ciągle szuka z nim bezpośredniej nici porozumienia, dopytuje, dziękuje i jest nastawiona na odbiór a nie tylko i wyłącznie na przekaz. Od takich ludzi można się tylko uczyć i najlepiej robić to szybko, bo to niestety rodzaj, który niedługo zniknie z naszej kultury zupełnie. Nie będę długo mędzić, muszę nacieszyć się tą fantastyczną energią, którą dał ten wieczór. Nagrałam większość spotkania - początkowe ok 10 - 15 min było o dzisiejszym trudnym lądowaniu, wspomnieniach wrocławskich i Jerzym Grotowskim. Myślę, że i z nagrania da się wyłapać te pozytywne wibracje - życzę zatem miłego odbioru :) Polecam też książki Artystki - sama na pewno po nie sięgnę. Tytuły pojawiają się w rozmowie.


Pejzaż
Pytania, które się nie kończą
Mieć odwagę żyć

Przed rozmową obejrzeliśmy Cwał (reż. K. Zanussi, 1996)